Mieszkając w Tuszetii

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Tuszetię zamarzyłam, by w niej zamieszkać. Taki zwykły kaprys zostania w pięknym miejscu. Nie miałam pojęcia, czym jest Tuszetia, kim są mieszkający w niej ludzie. Nie wiedziałam nic. Myślę, że takim zachciankom ulegamy wiele razy, tylko dlatego, że widzimy zarys tego, czego szukamy, jako swojego miejsca na Ziemi. Nie myślimy o tym, że za takimi decyzjami idą nieodwracalne zmiany, dla lokalnego społeczeństwa lub/i dla nas. Ani o tym, czy oni tego chcą lub potrzebują.

Wiedziałam, że będzie trudno, ale tak na prawdę nie miałam pojęcia, w co dokładnie się pakuję. Nie chciałam być intruzem, narzucać się, prowadzić swoich biznesów, czy kogoś czegokolwiek uczyć. Nie przyjechałam do Tuszetii jako osoba mądrzejsza od lokalnych mieszkańców, ani też nie chciałam tu nic nowego wprowadzać, również swoim zachowaniem. Podejmując się projektu, w którym za zadanie wyznaczyłam sobie uwiecznienie piękna tego regionu pod każdym względem, musiałam stopić się z lokalną społecznością. Chciałam stworzyć coś, co będzie dla nich, o nich i o tym, co jest dla nich największym skarbem. Jestem tylko jedną z tysięcy osób zafascynowanych Tuszetią. Po cichu zabrania się tu zamieszkania obcokrajowcom, a nawet Gruzinom nie mającym tu korzeni. Do tego chciałam jako kobieta wejść w społeczeństwo bardzo patriarchalne, gdzie każdy ma swoje prawa, ale i przede wszystkim obowiązki. Gdzie publicznie nie okazuje się uczuć, a kobiecie nie wypada robić wielu rzeczy. Przy moim poczuciu niezależności i udawadnianiu wszystkim i sobie, że jestem silna, zamieszkanie na Wschodnim Kaukazie oznaczało naukę pokory, innego niż znanego mi do tej pory poczucia kobiecości i jednocześnie realizację niezrozumiałego dla innych celu.

Mój nauczyciel fotografii powiedział mi kiedyś, że by znaleźć się bliżej ludzi muszę podobnie wyglądać, podobnie się zachowywać i poświecić im czas, by ich poznać. W Tuszetii, najdzikszej części gruzińskiego Kaukazu, gdzie pogaństwo miesza się z chrześcijaństwem, kobiecie nie wypada za bardzo odkrywać swojego ciała. Nie ma to żadnego związku z islamem, ta tradycja jest o wiele starsza. Mimo wysokiej temperatury latem nosiłam więc długie spodnie i zrezygnowałam z topów na ramiączkach zakrywając ramiona. Mimo chęci poznania wielu ludzi musiałam odrzucać zaproszenia na supry, a tym samym na alkohol, bo kobietom nie wypada go publicznie pić, zwłaszcza w męskim towarzystwie. Mogłam w nich uczestniczyć w gronie rodziny, z którą się zżyłam pilnując swojego zachowania, by nie odbiegać o tuszyńskiego wizerunku. Na moje szczęście nie palę papierosów, bo również wzbudziłoby to tutaj zbędną dyskusję. Wszystko, by zyskać szacunek mieszkańców. By pokazać, że zależy mi na nich i traktuję ich poważnie.

Najpierw zyskałam uznanie pasterzy przechodząc z nimi pieszo z Doliny Alazańskiej do obozowiska w Tuszetii. Bez taryfy ulgowej. Warunkami możliwości dołączenia do pasterzy było dostosowanie się do trudnych warunków i nie narzekanie, a przede wszystkim nie spowalnianie stada. Ciężka droga, deszcz, nocny znaczny spadek temperatury, brak możliwości zadbania o higienę, spanie na ziemi, wspinaczka ze stadem owiec i koni po stromym zboczu, by ominąć zalany teren. W tym roku droga pokonywana przez pasterzy była wyjątkowo trudna, ale dałam radę. Nie narzekałam, utrzymałam tempo, a nawet uczyłam się jak im pomóc w drodze. Kiedy zostałam nazwana Tuszynką po incydencie konnym w górach oraz pastuchem, czułam dumę. Nie zależało mi, by wśród pasterzy zaznaczać fakt, że jestem kobietą. Pasowało mi, że mam oddzielne miejsce do spania przez swoją płeć, ale w pozostałych aspektach drogi byłam dla nich takim samym pasterzem jak oni. Sama nie wierzyłam, że mnie zaakceptowali.

Mając uznanie w oczach mężczyzn, znających trud tuszeckiej wędrówki, mogłam zacząć swoją pracę. Zależało mi jednak bardzo na szacunku kobiet. Wiedziałam, że mogą nie zrozumieć tego, że dla projektu przeszłam z ich mężami, czy synami drogę przez góry. Żadna z nich nigdy tego nie robiła. Nie chciałam, by patrzono na mnie jak na blondyneczkę, która ruszyła z obcymi facetami w góry, na pewno szukając rozrywki. Wiele razy odczułam to, nie tylko w Gruzji, że przez kolor włosów i rysy twarzy patrzono na mnie jak na chętną do zabawy, a mojej pracy nie traktowano poważnie. Zajęło mi to o wiele więcej czasu, ale czułam, że na ich zaufaniu zależy mi najbardziej.

Mama moich pasterzy od samego początku okazywała mi szacunek i zapoznawała z pozostałymi paniami zapraszając wciąż na kawę, pytając przy nich o moją pracę i chwaląc się tym, że jestem fotografem, ale też silną kobietą. Musiałam jednak spuścić znacznie z tonu. Nie mogłam im pokazać zbytniej dumy, by nie odebrały tego, że mogłabym czuć się lepsza, bo dokonałam czegoś, na co żadna z nich by się nie odważyła. Nie chciałam swoim zachowaniem w żadnej z nich wywołać poczucia zagrożenia, kompleksów czy braku zaufania. Będąc blisko z rodziną moich pasterzy, z ich żonami, czy rodzicami, stałam się częścią ich świata. W wielu miejscach w Tuszetii byłam kojarzona właśnie z nimi. Należałam do jakiejś grupy. Nie byłam obcą, samotną osobą szukającą wrażeń. Byłam ich. Stałam się lokalsem. Wspólnie świętowaliśmy urodziny, przygotowywaliśmy święto w Omalo, zawsze mieliśmy czas na rozmowę lub wpatrywanie się w góry z kawą w ręce, a z czasem coraz więcej osób rozumiało, że to co robię, robię dla nich. Kiedy zaczęłam pokazywać im zdjęcia najczęściej okazywało się, że przy okazji jakiegoś święta uwieczniłam członka ich rodziny lub przyjaciela. Czasem widzieli jakieś miejsce i dociekali, gdzie zostało zrobione zdjęcie. Kiedy założono w kilku pensjonatach internet zrobiłam zdjęcia pokoi, by mogli zaistnieć na bookingu, wytłumaczyłam jak to działa. Coraz częściej byłam witana z daleka głośnym na całą ulicę „Salam Magda, rogor har?” (Witaj Magda, jak się masz).

 

Kolejnym założeniem mojego projektu było nieobciążanie jego kosztami nikogo z mieszkańców. Nie chciałam u kogoś mieszkać. Nie dlatego, że by mnie nie przyjęli. Problem w tym, że każdy by mnie chętnie ugościł, ale mam świadomość tego, że ludzie tutaj żyją bardzo skromnie i z gościnności i sympatii chcieliby mi nieba przybliżyć, a ich na to po prostu nie stać. Często mieszkają całą rodziną w jednym pokoju, bo pozostałe przeznaczone są dla gości pensjonatu, lub też warunki mieszkaniowe mają bardzo skromne. Tu z pomocą przyszła mi Administracja Parku Narodowego Tuszetii, którzy zaproponowali mi służbowy pokój w zamian za współpracę – miałam wykorzystać swoją wiedzę na promowanie Tuszetii, ale w sposób odpowiedzialny. Tłumaczyć panujące tu reguły. Również robione przeze mnie zdjęcia mogły być wykorzystane do materiałów promocyjnych Parku Narodowego. Nie było łatwo. Sama mieszkałam tydzień. Potem wprowadzili się też pracownicy administracji, z którymi docieraliśmy się czasem z marnym skutkiem. W Omalo rozbudowywano sieć wodociągową przez co prawie przez miesiąc nie było wody. Dowoziliśmy ją w 500 l cysternie na jeepie, by mieć jak się umyć. Prądu albo nie było w ogóle, albo był po 21.00 przez 2-3 godziny – ograniczony czas na ładowanie telefonów i laptopa. Często chodziłam do sąsiada, który ugościł mnie na ciepły posiłek w maju, by móc doładować baterię w telefonie. Wiązało się to jednak z tłumaczeniem, że nie przeniosę się do jego rodziny, bo jest mi dobrze mimo mieszkania w przeludnionym pokoju, bez wody, prądu, a często i gazu. Po 2 latach mieszkania w Gruzji marzyło mi się jakieś moje małe miejsce, azyl, do którego mogę uciec, by mieć na krótki czas chwilę prywatności. Przez nieporozumienia z pracownikami administracji, którzy komentowali moją pracę i „brak poczucia bycia kobietą i przygotowywania im posiłków”, kiedy w tym momencie skupiona byłam na obróbce zdjęć, by wykorzystać krótki czas posiadania prądu, niechętnie wracałam do tego mieszkania. Różnice kulturowe powodowały konflikty, a rozwiązywanie ich suprą z dużą ilością czaczy w moim pokoju kompletnie mnie nie interesowało. Pod koniec sierpnia, tuż przed powrotem z wycieczki, którą pilotowałam, dowiedziałam się, że nie mogę już nocować w budynku administracji, gdyż przyjeżdża czeska delegacja sprawdzać sfinansowane przez fundację znaki i potrzebują mój pokój, by zakwaterować tam kilka osób.

Zaraz po przyjeździe do Omalo zostałam zabrana przez pasterzy w góry, ale problem nie zniknął. Poprosiłam wtedy o przenocowanie mnie na 2-3 noce Dariko, gospodynię, dzięki której poznałam moich pasterzy i, u której nocuję ze swoimi grupami. Nadmiar prywatnych emocji, śmierć kolegi w wypadku w Tbilisi, poczucie, że nie radzę sobie z projektem i brak możliwości pogadania z kimś, dla samego wygadania się, nadmierny wysiłek i odnowienie powypadkowych dolegliwości. To wszystko sprawiło, że zostałam uziemiona w łóżku. Nie byłam w stanie normalnie chodzić, dużo czasu zajmowało mi ubranie się, a każda nieudana próba założenia skarpetek czy butów kończyła się zaciskaniem zębów albo płaczem. Złościłam się na siebie, że emocjonalnie i fizycznie doprowadziłam się do stanu, gdzie nie mogę działać samodzielnie. Gdzie jestem zdana na kogoś innego. Dokładnie przypomniałam sobie to uczucie, kiedy po wypadku ładnych parę lat temu, połamaniu się tam i ówdzie na koniu, nie była w stanie się ruszać i byłam zależna od innych. Z pomocą przyszli przyjaciele w Polsce, którzy codziennie dzwonili, pisali, pytali o postępy w chodzeniu, a ja kłamałam, że jest coraz lepiej. Byłam zbyt dumna, by przyznać, że sobie nie radzę. Na wiosce również szybko rozeszło się, że potrzebuję pomocy. Tu wszyscy się znają, dużo o sobie wiedzą, a informacje przekazuje się o kimś, nie po to by go obgadać, ale by wspólnie znaleźć rozwiązanie jakiejś sytuacji, doradzić. Na początku byłam do tego sceptycznie nastawiona, ale z czasem przekonałam się, że ludzie tutaj wcale nie mają złych intencji. Byłam przekonana, że kilka dni odpoczynku załatwi sprawę, ale ból nie ustępował. Pojawiła się sąsiadka, wyjęła strzykawkę twierdząc, że mi pomoże. Pomogła. Potem przez kilka dni dostawałam zastrzyki by chodzić, do tego leki przeciwzapalne. Kiedy już zaczęłam chodzić Levan (mój tuszecki młodszy brat) wyciągnął mnie na konie… powiedzmy, że na hipoterapię. Pomogło jeszcze bardziej. Ku mojemu zaskoczeniu na koniu ból ustępował, a pojawiał się z powrotem po zejściu. Po kilku razach normalnie chodziłam. Czułam to miejsce, ale chodziłam.

Z wielkimi obawami i zapasem leków wyruszyłam z przyjacielem i Levanem konno do Shatili. Nie było łatwo, trasa dała mi się we znaki, zwłaszcza powrót szybkim tempem i często galopem przez góry, by zagonić pozostałe konie i zdążyć dojechać jak najdalej przed zachodem słońca. Mimo zmęczenia fizycznego byłam jednak najszczęśliwsza na świecie. Niesamowite widoki, ale przede wszystkim te momenty, kiedy przy kontroli dokumentów na trasie, czy rozmowach z napotkanymi pasterzami Levan mówił: „to moja siostra, też jest pasterzem i świetnym fotografem”. Byłam zaskoczona jego dumą. A kiedy ktoś dalej drążył temat niedowierzając, Leo mówił: „przeszła z nami na wiosnę przez Abano. Ani razu nie narzekała. Teraz też z nami idzie”. Nie sądziłam, że moje wariactwa (jak to niektórzy nazywali) będą dla kogoś powodem do dumy.

W Tuszetii moje umiejętności jeździeckie również znacznie się poprawiły i coraz częściej słyszałam pod moim adresem  określenie „Tushi gogo” (tuszecka dziewczyna) wymawiane z dumą, również przez kumpli jeżdżących od dziecka konno. Raz nawet puścili mnie samą bym załatwił jedną sprawę. Wyszli przed dom, kiedy ruszałam i kiwali głowami. Czasem jeszcze niektórzy patrzą z niedowierzaniem, kiedy po jeździe rozsiodłuje konia dość szybko i pytam po gruzińsku, czemu jeszcze nikt mi nie nalał wody do wiadra, by go napoić. Od urodzin Levana, na których byłam jedyną kobietą wiem, że chłopaki mnie szanują, a ich żony czy dziewczyny mają do mnie zaufanie. I nagle zdałam sobie sprawę, że osiągnęłam coś, co wydawało mi się niemożliwe. Weszłam w to społeczeństwo, stałam się jego częścią. Mimo moich dziwactw jestem akceptowana przez kobiety z wioski i szanowana przez mężczyzn. Coraz więcej osób wychodzi z inicjatywą pomocy przy projekcie, albo woła mnie na chwilę rozmowy widząc mnie za płotem swojego domu. Do moich sąsiadów już nie mam oporów, by wchodzić od razu do domu i siadać w kuchni przy kawie. Bez problemu przejmuję inicjatywę w kuchni, kiedy jestem u mojej tuszeckiej rodzinki lub u Dariko (w tym miejscu pewnie nastąpi śmiech moich przyjaciół, którzy wiedzą, ze przy moim kulinarnym beztalenciu unikam gotowania jak diabeł świeconej wody). Zostałam w pensjonacie mojej zaprzyjaźnionej gospodyni. Tak jak obawiałam się na początku, nie chciała nic ode mnie, a przy napomknięciu choć o zmianie miejsca na opuszczony pokój przy muzeum, reagowała kazaniem, że jak coś mi się stanie, to nikt mi tam nie pomoże. Ciągle też powtarzała, na zmianę z mężem, ze jestem ich córką i jak ja sobie wyobrażam mieszkanie w innym miejscu. Zaczęłam pomagać w pensjonacie, przy gotowaniu, nakrywaniu i sprzątaniu stołu, praniu, organizowaniu czasu turystom, czasem z zabawą w konnego przewodnika lub raczej tłumacza dla właściciela koni. Wieczorami opowiadałam gościom o Tuszetii, jej regułach, tradycjach, najpiękniejszych miejscach.

Rankiem zanim wszyscy wstaną siadam na schodach wyjściowych z kawą i patrzę na budzącą się do życia wioskę. Chciałabym zapamiętać to miejsce na zawsze. Każdą górę, potok, rżenie koni, pianie koguta, zapach kawy przy najpiękniejszym widoku świata. Każdego niesamowitego człowieka, który tu mieszka i jest dumny z bycia Tuszem. Każdą łzę i każdy uśmiech. Za kilka dni wychodzimy z pasterzami i stadami w drogę powrotną. Projekt dobiega końca, a ja niedługo wrócę do zupełnie innego świata. Czeka mnie praca nad albumem, warsztaty fotograficzne w Emiratach, w które nadal nie mogę uwierzyć, godziny rozmów z przyjaciółmi, za którymi bardzo tęsknię, prezentacje w kilku miastach Polski, plany, plany, plany. Pewnego dnia zacznę wątpić, czy to wszystko działo się naprawdę. Zostaną zdjęcia i mam nadzieję bliskie relacje z mieszkańcami Dolnego Omalo, ale i nauka.

 

Udało mi się dostać na rozmowę do człowieka, który zna doskonale tuszeckie tradycje. Wiedziałam, że wybiera sobie rozmówców, tym bardziej cieszyłam się, że wyraził chęć spotkania. W zeszycie miałam spisane pytania, które chciałam zadać. Kiedy tylko zaczęłam rozmowę od razu mi przerwał proponując herbatę. Odczekałam chwilę, po tym jak ją nalał i niecierpliwie chciałam przejść do przygotowanych pytań. Starszy pan znów mi przerwał, nachylił się w moją stronę i powiedział: „to nie na te pytania chcesz uzyskać odpowiedź. To po co tu przyjechałaś musisz poczuć, dopiero wtedy zrozumiesz czym jest Tuszetia i dopiero wtedy będziesz wiedziała, jak wykonać swoją pracę”.

Nie odpowiedział na żadne moje pytanie. Nawet ich nie zadałam. Piliśmy herbatę rozmawiając o harmonii między człowiekiem i naturą. Wtedy myślałam, że bezcelowo.

W chwili zwątpienia zadzwoniłam do mojego nauczyciela fotografii i przyjaciela jednocześnie, by wyżalić się, że nie czuję postępów, że nie wiem gdzie iść i mam niewystarczającą ilość zdjęć. Zaśmiał się i powiedział: „Jeszcze nie rozumiesz? Nie pojechałaś do Tuszetii po zdjęcia. Pojawiłaś się w Tuszetii, by odebrać najważniejszą lekcję w swoim życiu”.

Dziś siedzę na tarasie z najpiękniejszym dla mnie widokiem na świecie. Cieszę się każdym podmuchem wiatru, który czuję na skórze, nawet jeśli jest już zimny. Nauczyłam się tu wiele. Przede wszystkim tego, że najcenniejsze, co możemy ofiarować drugiemu człowiekowi to nasz czas. Nasz dotyk. Uśmiech. Nauczyłam się na nowo relacji rodzinnych. Doceniać każdą chwilę z drugim człowiekiem, nawet jeśli nasz kontakt ogranicza się do wspólnej kawy w milczeniu i wpatrywania się w piękno gór. Zobaczyłam, czym jest prawdziwa duma z miejsca pochodzenia oraz szacunek i przywiązanie do tradycji w czasach, gdzie przecież można żyć łatwiej. Nauczyłam się słuchać, ale i patrzeć na drugiego człowieka, nie oceniając go. Zobaczyłam jak wielu ludzi widzi, co robię i docenia moją pracę, nawet jeśli ja w nią wątpię. Nawet jeśli jej nie rozumieją, akceptują ją bo ufają, że nie zrobię im krzywdy, bo kocham to miejsce tak samo jak oni.

Zawodowo i prywatnie przejechałam całą Europę i kawałek Ameryki Południowej. Podsumowując, nie widziałam jeszcze nic, nie wiem niczego na pewno, poza tym, że nie ma miejsca, za którym mogłabym tęsknić mocniej.

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

164 komentarze “Mieszkając w Tuszetii”