Miłość w Tuszetii ma inny smak

Ślub Beki (pochodzącego z Omalo, ale mieszkającego w Tbilisi) i Salome z Kobuleti odbył się zwyczajowo w miejscu zamieszkania pana młodego

– Ja to bym wolała, żeby rodzice wybrali, przecież mnie znają, wiedzą, kto będzie dla mnie dobry. Czasem pod wpływem miłości, nie widzisz, jaki jest człowiek – mówi Tamuna.

15 kwietnia to w Gruzji Dzień Miłości. O samej Gruzji możecie przeczytać w wielu miejscach, ale ja tym razem opowiem Wam nieco o Tuszetii, która przez długą izolację nie tylko zachowała dawne tradycje, ale również niezmienione podejście do wielu tematów, w tym do damsko-męskich.

Wiele razy ze strony mieszkańców Tbilisi czy też Europejczyków słyszałam narzekania, że wielu rzeczy tutaj kobietom nie wolno, łącznie z podchodzeniem do niektórych świętych miejsc. Kiedy dodaję, że jeśli kobieta chce być tutaj szanowana, nie może pokazywać za wiele ciała, słyszę krytykę, że żyjemy w XXI w. i takie zasady są przestarzałe. Może i tak, ale zanim coś ocenimy, czasem wystarczy poświęcić trochę czasu na zrozumienie i posłuchanie, co sądzą mieszkańcy.

Gdy sięgniemy choćby dwa-trzy pokolenia wstecz, zobaczymy, że w Tuszetii porwania były czymś normalnym. Najczęściej brat matki przyszłego oblubieńca odpowiadał za dobranie odpowiedniej dziewczyny. Jeździł konno po wioskach w ,,odwiedziny” i rozmawiał z ludźmi, szukając najlepszej kandydatki. Ponieważ najczęściej brał udział w wychowaniu syna swojej siostry, dobrze znał jego charakter i jednocześnie, teoretycznie, wiedział, jaka kobieta będzie najlepsza. Najważniejsza była opinia o dziewczynie, to, czy jest skromna i pracowita. Uroda nie była tak istotna, choć jeśli szła w parze z intelektem, kandydatka była idealna.

Kiedy dziewczyna była wybrana, odbywała się rozmowa z jej rodzicami. Ci najczęściej nie informowali córki, że niedługo zmieni miejsce zamieszkania. Porwanie organizowali przeważnie mężczyźni z rodziny przyszłego oblubieńca, zabierali dziewczynę konno do ,,nowego domu”. Jak opowiadali mi niektórzy mieszkańcy, obowiązywał również zwyczaj, że młodzi, tuż przed ślubem, mieszkali w tym samym domu, ale w osobnych pokojach, nie mogli także się oglądać – mieli twarze zasłonięte woalką.

W zeszłym roku odwiedziła nas w Alvani Ana, babcia mieszkająca dwa domy dalej. Kiedy usłyszała, o czym rozmawiam z koleżanką, ożywiła się i wtrąciła do rozmowy.

– Jak opowiem wam o moim porwaniu, to się uśmiejecie – zaczęła. – Kiedy mężczyźni jechali do mojego domu, wiedziałam, co się święci i wiedziałam, z której są wioski. Wyobrażacie sobie, miałam 22 lata i jeszcze nikt mnie nie porwał, to może wpędzić w kompleksy. Myślałam, że nikt mnie nie chce. Mój przyszły mąż miał zasłoniętą twarz, kiedy go pierwszy raz spotkałam. Nagle zawiał wiatr i podniósł nieco materiał. I wtedy zwątpiłam, czy chcę iść za mąż. Miał krzywe zęby. Nie podobał mi się. Ale wiedziałam, że jest dobrze wychowanym człowiekiem.

– Ale jak to? – zapytałam. Spodziewałam się nieszczęśliwej historii, a ona cały czas opowiadała ją z sentymentem. – Pewnie potem byłaś nieszczęśliwa? Nie miałaś wpływu na to, kto zostanie twoim mężem. A miłość? – dopytywałam.

– Dziecko, w czasach, kiedy walczysz każdego dnia o przeżycie, nie ma miejsca na porywy serca. Moi rodzice mnie znali, skoro zgodzili się na tego mężczyznę, wiedzieli, że jest on dla mnie najlepszy – odpowiedziała Ana.

Innego dnia byłam z wizytą w Górnym Alvani. Opowiadałam koleżance o tym, co dowiedziałam się o porwaniach i że burzy to mój obraz, bo nie takich historii się spodziewałam. W kuchni krzątała się jej mama. Co chwilę oglądała się na nas i myjąc naczynia coraz bardziej się uśmiechała. – Mamo, opowiedz jak było z tobą i tatą – zawołała Nina.

Mama Niny odwróciła się do nas i po chwili zamyślenia z szerokim uśmiechem zaczęła opowiadać: – Poznaliśmy się na weselu mojej kuzynki, bardzo mi się spodobał, wiedziałam, że mieszka niedaleko, ale dobrze wychowana dziewczyna nie może dać po sobie poznać, że podoba jej się chłopiec. Przechodziłam czasem koło jego domu, ale go nie widziałam. Cztery dni po weselu kuzynki spotkałam go w centrum, kiedy szłam z zakupami. Zaoferował, że podwiezie mnie autem do domu, ale pojechaliśmy do jego domu i tam mi się oświadczył. Wiedziałam, że wsiadając do tego samochodu pokazuję, że jestem zainteresowana, nie znałam go. Wiedziałam, że pochodzi z dobrej rodziny. Jesteśmy razem ponad 20 lat i nie żałuję. To bardzo pracowity człowiek.

W ślubne zwyczaje wkrada się nowoczesność, ale wciąż jest w nich bardzo wiele z ducha minionych pokoleń

Dziś zwyczaje zmieniły się, ale nadal w Tuszetii panują pewne określone zasady. Nadal wybranka idzie do domu męża, nie przyjmuje jego nazwiska, by dokładnie było wiadomo, z której wsi pochodzi (każda wieś ma określone nazwiska i do dziś, nawet jeśli ktoś urodził się w Alvani, Telavi czy Tbilisi, przy określaniu pochodzenia wymienia się wieś przodków).

W Tuszetii, kiedy mężczyźnie podoba się kobieta, robi wszystko, by nikt się o tym nie dowiedział.
W ten sposób pokazuje szacunek do niej, bo nie chce narazić ją na plotki,
a tym samym na spekulacje między rodzinami.

Nie do pomyślenia jest, nawet w obecnych czasach, by niezamężna kobieta, zamieszkała z nieżonatym mężczyzną, jeśli nie jest jej rodziną. Jeżeli dochodzi do takiej sytuacji, cała wieś wie, że mężczyzna nie traktuje jej poważnie, nie jest kandydatką na żonę. A jednocześnie kobieta traci szacunek wsi zgadzając się na to. Co innego być na chwilę gościem, a co innego zostać u kogoś. O kobiecie źle świadczy również publiczne picie dużej ilości alkoholu albo palenie papierosów.

Odbyłam tu wiele babskich spotkań. Mogłyśmy swobodnie rozmawiać, do woli obgadywać mężczyzn. Niektóre dziewczyny nawet paliły papierosy – ukradkiem, w kącie. Jakby ktoś nagle wszedł, zobaczyłby  wypisany wyrzut sumienia na ich twarzy.  Najczęściej jednak te spotkania organizowane były tak, by nikt z zewnątrz się nie domyślił.

Kiedyś podczas jednej z wizyt w sąsiedniej wiosce nocowałam z pokoju z czterema dziewczynami. Jedna z nich wyciągnęła schowane pod łóżkiem wino, bo „teraz nikt nie patrzy”. Zapytałam, jak jest dzisiaj z tą tuszecką miłością.

– Wiesz, teraz mamy Facebooka i możemy zobaczyć więcej chłopaków – odpowiedziała Tamuna – ale warto wiedzieć, kto z jakiej rodziny pochodzi, czasem się uśmiechnąć, ale tak, by nie za wiele osób zauważyło, wiesz – opinia.

– A uważacie, że teraz jest łatwiej znaleźć idealnego męża czy było to prostsze kiedyś? – nie wytrzymałam, chciałam by wywiązała się rozmowa i „młoda krew” zaczęła mówić o wolności.

– Ja to bym wolała, żeby rodzice wybrali, przecież mnie znają, wiedzą, kto będzie dla mnie dobry. Czasem pod wpływem miłości, nie widzisz, jaki jest człowiek – stwierdziła Tamuna.

Zatkało mnie.

– Nie no, teraz jest większy wybór, ale chłopcy są trudniejsi – wtrąciła Eka

– Teraz to jest tak, że musisz dbać o dobrą opinię. Dziewczyna nie powinna pokazywać, że jej zależy. Zaczynać znajomości. To ją dyskwalifikuje – dodała.

Siedziałam coraz bardziej zadziwiona. Nawet wino szybciej mi się skończyło. – No dobrze. To skąd będę wiedziała, że się komuś spodobałam – nie wytrzymałam.

– Będzie Cię unikał, unikał twojego wzroku, twojego towarzystwa, żeby się nie wydało po jego oczach, że mu się podobasz. Ale jak kiedyś będzie sytuacja, że zostaniecie sami, to powie to tylko tobie. Jeśli mu zależy, nie narazi cię na plotki – zaczęły opowiadać dziewczyny.

– Tak to można do śmierci czekać – zaśmiałam się.

Trzeba przyznać jednak, że coś w tym jest. Chłopcy i młodzi mężczyźni często fotografują się z wieloma dziewczynami, by błyszczeć przed kolegami, pokazać, jakie mają powodzenie. Ale raczej nie pokazują publicznie zdjęcia dziewczyny, na której im zależy. Dopóki nikt nie wie, jest czas, żeby się poznać, porozmawiać. Dopiero po jakimś czasie, wszystkich zaskakuje wiadomość o zaręczynach. Sezon ślubny przypada tutaj od jesieni do wiosny, wtedy prawie wszyscy schodzą z Tuszetii do trzech wiosek w Dolinie Alazańskiej i nagle zaczyna się maraton weselny. 

Latem śluby w Tuszeti odbywają się bardzo rzadko. Jest to czas, kiedy ludzie pracują w górach, w pasterstwie lub turystyce, wiec są dość rozproszeni, a jednocześnie skupieni na zarabianiu. Jeśli śluby się odbywają, mają miejsce w trzech z siedmiu cerkwi, które przetrwały – w Iliurcie, Shenako albo Górnym Omalo.

Miałam przyjemność uczestniczyć w ślubie Beki (pochodzącego z Omalo, ale mieszkającego w Tbilisi) i Salome (dziewczyny z Kobuleti – nad morzem). Zwyczajowo ślub odbył się w miejscu, skąd pochodzi pan młody. Najczęściej, zgodnie z tradycją, to żona przenosi się do rodzinnego domu mężczyzny i w ten sposób pomaga w powiększającej się rodzinie swojej teściowej. Dzieli z nią kuchnię i często wychowanie dzieci. Im więcej chłopców w domu, tym więcej pomocy na późniejsze lata.

W przypadku Beki, poza tym, że ślub zwyczajowo odbył się w miejscowości, skąd pochodzi pan młody, małżonkowie razem mieszkają już w Tbilisi, gdzie oboje pracują.  Z tradycji zachowała się, choć już tylko symbolicznie, rola brata matki pana młodego, który ma obowiązek wnieść krzyż oświetlony świeczkami wraz z tacą z jedzeniem (przeważnie są to chinkali, kotori – tuszecki odpowiednik chaczapuri, owoce). W ten sposób symbolicznie wnosi światło do nowej rodziny oraz jedzenie, by w przyszłości młodym nigdy go nie zabrakło. Za nim jego rodzina wnosi tort i ciasta dla gości, pokazując słodką miłość nowożeńców. Pozostałe tradycje są już coraz bardziej zbliżone do podpatrzonych w miastach i na Zachodzie.

Brat matki pana młodego wnosi krzyż oświetlony świeczkami wraz z tacą z jedzeniem. To dawna tradycja

Mam świadomość, że mentalnie Tuszetia różni się od wielu regionów w Gruzji,
zwłaszcza szybciej i nowocześniej żyjących miast. Ale to, co przetrwało, świadczy o jej tożsamości. Jednocześnie wiem, że pęd za Zachodem, nowoczesnością, zmienią to miejsce,
zwiększą świadomość i ustanowią od nowa priorytety.

Na początku, kiedy poznawałam zasady tu panujące, z wieloma się nie zgadzałam, ale nie mogłam wyrazić swojej opinii. Może dlatego, że te zwyczaje były dla mnie nowe, nie rozumiałam ich, ale dałam sobie czas. Zależało mi na zaufaniu i pozostaniu tutaj, by zrobić projekt. Im dłużej tu jestem, tym więcej rzeczy przyjmuję takimi, jakie są, a nie takimi, za jakie uważane są na Zachodzie.

Z drugiej strony, to mój azyl w Gruzji, gdzie nie jestem codziennie nagabywana przez taksówkarzy, panów na ulicy czy w barze. Tutaj, jeżeli zachowuję się zgodnie z zasadami, nikt nie odważy się nawet na podtekst, głupi żart. Mam tu wielu przyjaciół i wiem, że nikt nie naruszy mojej prywatności. Nikt przy mnie nie przeklnie, bo przy kobiecie nie wypada. I może nadal wielu rzeczy nie rozumiem, w wielu kwestiach po cichu coś się we mnie burzy, ale skoro tu jestem, przyjęłam zasady i zwyczaje tego miejsca.

Podczas kwarantanny zaczęłam gotować, a że nawet mi to wychodzi i jemy wspólnie posiłki… zaczęły się rozmowy, że już się nadaję na żonę… tylko, jak mnie porwać konno, skoro zrzucę jeźdźca i sama gdzieś pogalopuję ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *